Rok 2017 można powiedzieć że zaczęliśmy od pobytu w leszczyńskim szpitalu. Mati dostał serie ataków których nie mogliśmy opanować, co skończyło się wezwaniem karetki i oddziałem dziecięcym. Na szczęście wszystko dobrze się potoczyło i za dwa dni byliśmy już w domu . Mati czuł się bardzo dobrze, nie miał ataków i bardzo fajnie funkcjonował.

 

Po miesiącu , czyli od lutego , z dnia na dzień znowu zaczęły się pojawiać ataki, z każdym dniem coraz bardziej. Matuś źle się czuł .

Była niedziela, odwiedziny u najbliższych a Mati coraz słabszy, atak za atakiem. Najpierw jedna wlewka, która pomogła na krótko, później druga. Wszystko pomagało na chwile. Wieczorem już nie czekaliśmy , wezwaliśmy pogotowie, podali kolejną wlewkę i umówiliśmy się że jak będzie źle to przyjeżdżamy na SOR.

Do 4 nad ranem było spokojnie, a później znowu atak za atakiem. Tata pojechał z Matusiem na SOR a mama już się pakowała, wiedziała że to będzie „grubsza sprawa”. Na pogotowiu podali wlewkę i dostaliśmy skierowanie na oddział do Poznania.

Wylądowaliśmy na ul. Szpitalnej. Tam na neurologii Mati cały dzień dostawał leki dożylnie, żeby tylko przerwać stan padaczkowy . Nie udało się . Zapadła decyzja – OIOM! Wprowadzimy w śpiączkę farmakologiczną . Dla nas – rodziców, to był szok. Ale to miało pomóc, tak się robi w takich sytuacjach .

Matuś był 8 dni na OIOMie , śpiączka nie pomogła. Już przy próbie wybudzania ataki zaczęły się pojawiać.  Przy całkowitym wybudzeniu Mati miał znowu stan padaczkowy, na OIOMie nie mogli go trzymać bo był wydolny oddechowo więc wróciliśmy na neurologie.

Cały czas stan padaczkowy, ataki przez całą dobę co dwie minuty -z zegarkiem w ręku . Dopiero konsultacja z dr Bachańskim wniosła pozytywne efekty do leczenia. Pan dr powiedział jakie leki podać żeby postawić Mateusza na nogi, no i udało się.

Z każdym dniem było coraz lepiej .

Ataki opanowaliśmy ale została jeszcze jedna sprawa, Mati po tym wszystkim był tak zwiotczały że przestał chodzić , nie umiał nawet samodzielnie siedzieć, nic – zero, chłopiec leżał jak worek.

W końcu po miesiącu wyszliśmy ze szpitala. Konsultacja z panią Magdą z Krobi i codziennie  kilkugodzinna rehabilitacja. Było ciężko , w trzech mieliśmy co robić. Do tego stan Mateusza się pogorszył, w tym sensie że nie chciał jeść, codziennie wymiotował, schudł .

Po tygodniu , znowu zaczął nabierać sił i rehabilitacja przynosiła efekty. Ale jednego dnia Mati zaczął narzekać na nogę, do tego stopnia że nie chciał ruszać nogą, nie chciał stąpać, bardzo go bolało. Jak się okazało , wyskoczyło mu biodro i kolano.

I to był przełom w rehabilitacji. Zanim do tego doszliśmy, że to biodro i kolano minęły dwa dni . Pojechaliśmy do pana do Rokosowa, który nastawia. To była Wielka Sobota, późno wieczorem . Podjechaliśmy pod drzwi - Mati siedział na wózku, tata na rękach wniósł chłopca  do środka. Ten starszy Pan, chwycił za kolano, za biodro – poruszał, mówi „wskoczyło „. Po czym – mówi- puśćcie go , niech idzie. Mati wstał i sam poszedł na nogach do samochodu. Ulga. Radości co niemiara .

 

Matuś chodzi i jeździ już sam na swoim rowerze . A jego piękny , szeroki uśmiech jest dla nas nagrodą.